środa, 9 września 2015

W moim magicznym ogrodzie...

https://www.youtube.com/watch?v=qKAz9zlk6Xw
Ogród był bajeczny. Początkowo nie przypominał jednak niczego ... pusty wykarczowany plac, ze starym domkiem do remontu. Tutaj:
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgrbRUz9QPsJgq0IFRzHNb_joepuHC3aSM8cBpqm82T3BYfC77DdV0mEZJT9XVI4LCLxO9ypbecEFXxE0_OQlhl5Qf-EGBjCMfLZRybr6dmaFvCjEVy586ohULhRaEQbs3Ru8TyZdOLuJ0/s640/1203+a1.jpg
w 1947 r. po zawarciu związku małżeńskiego, zamieszkali moi rodzice. Jak powstawał ogród pisałem wcześniej w poście:
http://foto-anzai.blogspot.com/2015/07/studnia-pnaca-roza-i-inne.html#comment-form


W archiwach t.zw. "zdjęć nigdy nie wywołanych" znalazłem trzy poniższe zrobione prawdopodobnie na przełomie wiosny i lata 1959 r. Każdy kto próbował w tamtych latach robić amatorskie zdjęcia pod drzewami wie, że ta sztuka nie zawsze udawała się. Polskie błony filmowe "Fotopan" nie miały zbyt szerokiej tolerancji na czułość i nie korygowały błędów oświetlenia tak dobrze jak późniejsze błony wielowarstwowe takich znanych firm jak n.p. "ORWO", czy "Kodak". Stąd też nie dziwię się, że poniższe zdjęcia poszły do lamusa, gdzie - jak się wydaje - po 52 latach (!) doczekały lepszych czasów, i po raz pierwszy ujrzały światło dzienne.


To zdjęcie powyżej jest najbardziej charakterystyczne dla tajemniczości ogrodu w którym rosło prawie wszystko, od chwastów, aż po wyszukane gatunki. W opcji czarno białej trudno ocenić jaką właściwie florę zdjęcie przedstawia. Dopiero sztuczne pokolorowanie pozwala na rozróżnienie gatunków. A więc pnąca róża jest w tym bardziej czerwonym kolorze. Róża nie chciała rosnąć tam gdzie przerzucaliśmy jej pnącza, uparcie rozrastała się w objęciach jabłoni (to te bardziej różowe kwiatki). Z tyłu fioletowe irysy, i jaśniejszy powój ogrodowy, żółte kwiatki były bardzo nietrwałe, i jako polne, w nocy zamykały się. Przetrwały zresztą tylko 2-3 lata. No i oczywiście siostra z naręczem tulipanów, przetrwała znacznie dłużej. ;)



Zdjęcie 1248 c1 było najtrudniejsze do odzyskania. Silne światła i jeszcze silniejsze cienie nie dawały żadnych szans. To zdjęcie składa się właściwie z trzech równoległych, ponieważ zakres programów graficznych nie przewidywał takiej rozpiętości kontrastu. Jak widać po kilku latach od zasadzenia drzewka osiągnęły wysokość ok. 5-6 metrów i nadawały się do zdobywania. W ogrodzie wchodziłem na wszystkie, które wydawały się utrzymać mój ciężar, ale zdobywałem także te kilkunastometrowe (np. kosztela). Jabłoń zachwycała nie tylko kwiatami, ale i pięknymi dużymi owocami, które dojrzewały dopiero po zdjęciu z drzewa.















Zdjęcie 1355 a1 (przedstawiam je jako dowód, że nie są to zdjęcia montowane) to typowa wizyta rodzinna. Właściwie każdy gość, który pojawił się w tym okresie u nas, wychodził z jakimś prezentem w ręku. Dla ciotki Eugenii były tulipany, siostra wybrała najpiękniejsze bratki. Ogród był piękny o każdej porze roku, zimą rosły ciemierniki, a wczesną wiosną pomagałem krokusom odgrzebując je spod śniegu. Niestety, a dla mnie na szczęście, ogród w założeniach miał być dzikim ogrodem. Tak więc po kolejnych kilku latach krzewy hodowlane i kwiaty uprawowe ustąpiły pola dzikiej roślinności.










Wokół drzew i na płotach zapanował bluszcz, i dzikie winogrono, w mniej dostępnej części ogrodu zaczęły się pojawiać jeże, i węże, czasami przemykał zając. Kilkadziesiąt metrów za płotem przebiegał rów, to były cieki wodne wybudowane przez mieszkających tu wcześniej tkaczy (obróbka lnu, farbowanie). W czasie długotrwałych deszczów, albo gwałtownych odwilży w tylnej części ogrodu pojawiał się strumyk, a w nim malutkie rybki wielkości zapałki. Na jesieni 1963 r. wielkie buldożery zrównały wszystko z ziemią i zasypały gruzem budowlanym. Wkrótce w tym miejscu pojawiły się blokowiska ...
.

wtorek, 1 września 2015

Nasze pokolenie. Dziewczyny z PRL ... 40+, 50+ i 60+

Morze zawsze urzekało swoją urodą, ale miało też konkurencję. Tak się dziwnie złożyło, że kilka dni pomiędzy tegorocznymi upałami musiałem spędzić nad polskim morzem z gośćmi z za Atlantyku. Kilkunastoosobowa grupa Polonusów zapragnęła bowiem swojskich polskich klimatów nadmorskich. Chcieli poczuć się tak jak Polsce znanej im z lat 60' ub.r., a więc plaża ze słynnymi "parawaningami", plażowiczkami w bieliźnie, pijanymi plażowiczami, bezpańskimi dzieciakami i psami, itd., itp., ... Na miejsce eksperymentu wybraliśmy gdańską plażę w Stogach (zdjęcie wyżej), zakładając, że skoro można tam dojechać tramwajem to i pewnie lokalny folklor się znajdzie.



Hipoteza sprawdziła się częściowo. Martwa natura (parawany, biusthaltery, itp.) ukazała się w pełnej krasie, gorzej było z zawartością plaży. Zgodnie stwierdziliśmy, że młodzież dzisiejsza jest ociężała, podstarzała, przetłuszczona (albo na odwrót wyniszczona odchudzaniem), i ogólnie znacznie mniej apetyczna niż w czasach PRL-owskich. Za głównego winnego uznaliśmy brak powszechnego uprawiania sportu. Podbudowany takimi ustaleniami po powrocie sięgnąłem do archiwów i oto:


Wydaje się, że to prawda, bo tak jak w piosence:
https://www.youtube.com/watch?v=h7ES_rO9bFM
za naszych czasów byliśmy piękni i młodzi (przed dalszym oglądaniem zdjęć warto kliknąć powyższy link). Zajęcia sportowe w zasadzie na każdym poziomie i profilu kształcenia były obowiązkowe. Młodzież, może nie umiała pływać, bo nie było dużo basenów, ale lubiła grać w piłkę (każdy wiedział co to jest dwutakt w koszykówce), biegać, i ogólnie szpanować wyglądem.



Zdjęcie wyżej "1337 b1" przedstawia spacer po nadmorskich wydmach. To było zakazane, ale gdzie można zrealizować potrzeby nabrzmiałe i rozbuchane na widok tak pięknych ciał? Zdjęcie zostało wykonane w 1973 r., i niestety na czarno białym filmie. Po pokolorowaniu dostępnymi graficznie metodami wyglądało tak jak niżej "1337 b2".





Repertuar zachowań PRL-owskiego wczasowicza na wybiegu nie był zbyt imponujący. Przegląd "towaru" wykonywany był z niezwykłą dyskrecją, często od tyłu ("1344 a1")




































lub znienacka (1343 a1).
























Podryw odbywał się w nadmorskich barach przy szklance Coca Coli lub tp. płynu. Jak widać na zdjęciu ("1327 a2") "towar" był doskonałej jakości, z wieloletnią gwarancją, nawet bez wspomagania kosmetykami. Damy, jak Diany, prosto z morza siadały do stolika.












Jeżeli zawarte znajomości rokowały na dłużej, to często przenosiły się do kwater w domkach, lub ośrodkach wczasowych ("1325 a2")















a tam już było na tyle swojsko i polsko, że często tworzyły się wczasowe związki małżeńskie, powstawały okazyjne fotki ("1364 a1", i 1365 f3), itd., itp., ...
















Nie brakowało też uroczych niespodzianek, bo towar podrywany miał charakterystyczne dla wczasowiczek cechy, które najczęściej określano sloganem "Z tyłu liceum, z przodu muzeum". Trzeba jednak przyznać, że nawet muzea, a'la 40+ ("1272 a2" to już "sesja atelier'owa") były niezwykle apetycznymi przybytkami.

 

















Jak widać panie nie goliły łydek, ("1343 a1"), ud, a także pozostałych części ciała nadających się do golenia, a pomimo tego wyglądały pięknie w swoich "kategoriach".


Dla większości osób przebywających w ośrodkach nadmorskich już po kilku dniach wrogiem nr 1, stawał się nadmorski piach i sól wdzierająca się wszędzie. Prawdziwym utrapieniem było utrzymanie pościeli bez ziarnka piasku i fryzury bez osadu soli morskiej. To drugie szczególnie dotyczyło długowłosych osobników. Stąd też panie nawet na plażach dla nudystów pilnie zajmowały się swoimi włosami ("1318 c4.")








Warto było, bo efekt był piorunujący. To ("1338 c7") "wyjściowa" kategoria 50+





































Niektóre panie nie miały problemów z włosami, bo posiadając doskonałą anatomicznie sylwetkę wiedziały, że na włosy nikt nie spojrzy. Tutaj ("1327 c3", i c4") kategoria 60+


































































Zdarzały się też cuda, czyli tak zwany "full wypas", a więc wszystko w jednym. Szkoda tylko, że fryzura umyta szamponem, i wymodelowana suszarką ("1362 a4")





























już po kilku minutach spaceru nad morzem wracała do poprzedniego stanu ("1362 a6").




















Niestety do domów wracali także wczasowicze. 
.

wtorek, 28 lipca 2015

Oko Opatrzności - pożegnanie z chmurami












O chmurach miało już nie być postów, ale jak przestać skoro za oknem aura płata takie figle? W środku lata na niebie pojawiły się dość dziwne chmury z których po chwili spadł grad.
















Następnego dnia poranek był niezwykle krwawy






















Poranki zdarzają się różne, ten wyglądał dość niepokojąco.











.
Kolejne dwa dni (zdjęcie górne i dolne) przyniosły jednak odprężenie















Chmury także bywają różne. Te powstały w wyniku dwóch ogromnych pożarów jakie nawiedziły ostatnio Łódź. To jest widok pożaru w Pabianicach, odległość ok. 30 km.

































To pożar sprzed kilkunastu godzin. Kilkadziesiąt metrów za widocznym wieżowcem płonie zakład przetwórstwa tworzyw sztucznych. Dym rozciągnął się nad miastem na długości ponad 20 km.











A to inne ujęcie tego samego pożaru.



















Ofiar nie było. Nad wszystkim czuwało "Oko Opatrzności". Zdjęcie, robione komórką, jest niewyraźne, zamglone i lekko poruszone, nie było jednak czasu na wyciągnięcie aparatu, za oknem padał gęsty deszcz, a oko opatrzności ukazało się tylko na kilkadziesiąt sekund.
.



niedziela, 12 lipca 2015

Studnia, pnąca róża, i inne ...

Jak już wspominałem wcześniej ojciec zajmując się analizą wytrzymałościową materiałów technologicznych, jednocześnie wykonywał szereg fotografii zawodowych i amatorskich. Po ponad 50 latach, porządkując rodzinne archiwa znalazłem olbrzymią ilość (kilka tysięcy klatek) materiałów negatywowych, t.j. zdjęć rodzinnych, które ze względu na niską jakość techniczną nigdy nie zostały wywołane. To opisałem we wcześniejszym poście:
http://foto-anzai.blogspot.com/2015/06/z-fotografia-przez-wieki-wspomnienia-i.html#comment-form








Zdjęcia, które odtworzyłem drogą cyfrową okazały się nie tylko wspaniałą pamiątką rodzinną, ale i bogatym materiałem faktograficznym. Teraz chciałbym przedstawić kilka wątków, które najbardziej wbiły się w pamięć mnie i mojej rodzinie. Studnia (to jest zdjęcie "1204 a1" z wcześniejszego postu, pokolorowane).
To było miejsce wokół którego skupiało się życie rodzinne. Tutaj, do czasu podłączenia wodociągu, zbiegały się drogi wszystkich domowników, dwunożnych, czworonożnych, posiadających skrzydła, legalnych mieszkańców, i tych wpadających tylko na łyk wody. W upalne dni skrzypiący kołowrotek studni przyciągał wszystkich spragnionych.











A tak wyglądała studnia (jesień 1950 r.) "1203 a1" widziana od strony wschodniej. Jak widać bajeczny ogród to na razie typowa działka 18x36 m. Widać na niej głównie posadzone drzewa, w zależności od rodzaju rosnące w odległości 3-4 m od siebie. Ogółem było to kilkadziesiąt krzewów i drzew różnego rodzaju. Za kilka lat wyrośnie tu dżungla w której trzeba będzie wyrąbywać siekierą przejście do domu.









Na zdjęciu "1281 a2" (połowa 1951 r.) z "odnowy biologicznej" korzysta mój starszy kuzyn. Ja jeszcze prowadzę życie na leżąco i w pieluchach. Na zdjęciu widać prostą, jeszcze nie zarośniętą, drogę łączącą wejście do ogrodu z wejściem do domu. Za 2-3 lata nad tą wykamienowaną dróżką zawiśnie piękna pnąca róża. Róża, w zamiarze mająca zasłonić okolice domu przed ciekawskimi, okaże się pięknym pnączem, które ze względu na swoje przyczepne kolce, i szybki rozrost, będzie musiało być corocznie mocno przycinane. Po lewej stronie kilkuletnia grusza, na którą później uda się przerzucić pnącą różę, posadzoną z lewej strony.



















Tutaj, na zdjęciu "1280 a1" pozwoliłem sobie na zafałszowanie obrazu. Zdjęcie wykonane zostało prawdopodobnie na przełomie czerwca/lipca 1951 r., a więc winogrono wiszące na płocie miało jeszcze kolor żywo zielony. Żółto czerwone barwy jakie naniosłem, osiągnie dopiero za kilka miesięcy. Na razie jednak nie natrafiłem na zdjęcie z późniejszego okresu, a ponieważ pamiętam zarówno dach z pnącej róży jak i grube firany winogrona wiszącego na płotach, więc postanowiłem to wrzucić na jeden obraz. Pnąca róża rosła w połowie odległości między płotem a domem. Winogrona po kilkunastu latach zawisły na wszystkich płotach i jednym drzewie (o czym później).








Skoro jest post o studni i o życiu toczącym sie wokół niej, to nie powinno chyba zabraknąć i tego zdjęcia "1288 a1". Wprawdzie studni widać tylko kawałek, ale za to ujawniła się cała historia związana (dosłownie) ze mną. Byłem młodszy od siostry o rok i dwa miesiące, ale to ja wymyślałem zabawy i podobno tym wózkiem wyjechałem na ulicę. Jak widać mama znalazła sposób, gdy musiała na chwilę wejść do domu. Przywiązanie wózka do ciężkiego stołka załatwiało sprawę na kilka miesięcy, bo wiadomo, że paluszki malucha sprytne są ...
















Wokół studni (zdjęcie "1158 b2") ojciec najczęściej wykonywał wszelkie naprawy stolarskie. To musiał być maj 1952 r., bo widać, że rozkwitły bzy. Bzów mieliśmy dużo, prawie wszystkie poczwórne, fioletowe i białe. Pachniały zabójczo. Niestety rodzice mieli dużo koleżanek, i kolegów,  którzy wiedzieli kiedy nas odwiedzać ...







Poza miejscem przy studni ten niewielki placyk przed domem (zdjęcie 1161 a3) był jedynym miejscem gdzie można było rozstawić mały stół kilka leżaków i hamak. Tutaj, w rodzinnym gronie, jadało się obiady kolacje, desery, grało w karty, i spędzało ciepłe letnie wieczory. Obok mnie urocza, starsza ode mnie o 4 lata, kuzynka. Oczywiście w "głębi ogrodu" studnia, której specjalnie nie pokolorowałem.














To zdjęcie "1287 a1" trafiło do postu, nie tylko dlatego, że widać na nim poza studnią także kamienny garnek służący do kiszenia ogórków. Wokół studni rosły gęste mimozy i jeden krzaczek z kwiatami. W te mimozy najczęściej bezpowrotnie i w popłochu uciekały nasze psy, gdy zwietrzyły, że na końcu będą kąpane. Mieliśmy jednak jednego psa, który uwielbiał wodę i wskakiwał nawet do każdej kałuży spotkanej po drodze.





















Ze zdjęciem "1230 a1" miałem najwięcej kłopotów z odtworzeniem. Cyfrowe programy nie dawały rady, bo zdjęcie miało wszystkie możliwe wady, było: niedoświetlone, nieostre, lekko poruszone, kiepsko skadrowane, i do tego źle wywołane (klisza). Gdy jednak zobaczyłem co jest na zdjęciu to skupiłem wyobraźnię i udało się odtworzyć jedyne zdjęcie ukazujące jak pnąca róża w ciągu 3-4 lat opanowała przestrzeń kilkudziesięciu m. kwadratowych. Przerzucona przez drogę do domu rozrosła się na gruszy i niżej rosnącym bzie. Widać wyraźnie, że droga do domu została prawie zarośnięta. Obok studni rury kanalizacyjne, które zostaną wkopane do ziemi i studnia przestanie służyć w dotychczasowej formie. Woda odtąd "będzie leciała ze ściany".













"1229 a1" To jedyne zdjęcie, które zostało zrobione na zamówienie, i wywołane trafiło do rodziny. To lato 1952 r. Babcia - ta elegancko ubrana dama w woalce i długich rękawiczkach (środek lata!) - na uroczystości w Urzędzie Miasta Warszawy została uhonorowana wysokim odznaczeniem państwowym za działalność społeczną.  Za plecami siedzących przekwitłe piwonie, a za nimi dumnie wyrastające na ponad metr mieczyki. Na pierwszym planie oczko w głowie całej rodziny ... to brzoskwinia, która jednak nie miała szans w walce z trzema psami ciągle ją podlewającymi. Uschła, ustępując miejsca przyszłej piaskownicy.
















Jak już opisywałem wcześniej do Linhofa Techniki, cudownego aparatu mojego ojca, można było załadować każdy rodzaj filmu, a także materiały światłoczułe wykonane we własnym zakresie. Gdy jednak nadarzała się okazja, a nie było nic innego pod ręką, ojciec ładował do kasety filmy małoobrazkowe. Tak powstało to zdjęcie "1284 a1". Jak widać obraz utrwalił się także na perforowanej części filmu. Pokolorowałem tylko miejsca zajmowane przez pnącą różę, tak najczęściej wyglądała ta część drogi prowadzącej do domu. Jak widać studnia "robiła" też za suszarkę. Z tyłu widać jeszcze płot i furtkę, ale za kilka lat płot okryje się gęstym dzikim winogronem.  
 











To kolejne zdjęcie "1285 a1" ze znanego z wcześniejszego postu cyklu zdjęć pn. "Mam zegarek!" Przełom maja/czerwca 1959 r., na komunię poza zegarkiem, dostałem od stryja legionisty prawdziwą, lekko zminiaturyzowaną szablę (którą ojciec powiesił na honorowym miejscu na ścianie w domu), oraz taką samą czapkę legionisty. Były to akcesoria małych dzieci, których oboje rodzice służyli pod komendą Piłsudskiego. Zdjęcie trafiło tutaj, bo ... oczywiście z tyłu tytułowa studnia.
















Zastanawiam się dlaczego tyle wspomnień wywołało jedno jedyne zdjęcie samotnej studni "1204 a1". No cóż, wszystkie osoby znam i znałem ze zdjęć, i z natury, ale to jedno powoduje, że w pamięci "przewija się film" obejmujący całą dotychczasową przeszłość związaną z tym miejscem. Oczyma wyobraźni widzę wszystkich domowników, a także dalszą rodzinę, i gości, którzy bywali w tym miejscu. Niestety przyszły takie czasy, i taki dzień, że wszystkie drzewa musieliśmy wyciąć, i przeprowadzić się w inne miejsce. Na miejscu bajecznego ogrodu powstało betonowe blokowisko.
.

środa, 1 lipca 2015

Modelki w środowisku

Na jednym z egzaminów kwalifikacyjnych jakie odbyły się w lutym tego roku, grafikom komputerowym zadano prosty temat: Na podstawie własnego portfolio utworzyć obraz składający się z min. 3 elementów innych obrazów (w tym jeden nadający się do t.zw. "blue screen"). Czas - 40 minut. Wyszło to co powyżej. Niestety zabrakło czasu na wygładzenie konturów (prawa pierś i biodro), a komisja w takim stanie pracy nie zaliczyła.


Kolejne zadanie to: W ciągu 30 min. z dowolnego zdjęcia wyciąć podświetlany obraz. Przeznaczenie - gry komputerowe.


Podobnie potoczyło się z drugą pracą (obraz wyżej "1136 f1"). Tutaj chodziło o przekształcenie obrazu/zdjęcia na obraz nadający się do drukowania w 3D (symulacja obrazu olejnego). Czas - 30 minut. Ćwiczenia też nie zaliczyłem, ale jako jednemu z kilku (na ponad 60 osób) zdających, mój obraz wydrukował się bezbłędnie.











W ostatnich dwóch zadaniach ("1136 n1", i zdjęcie obok) decydowała kolorystyka, która powinna być odstraszająca. Czas wykonania 2x15 minut. Przeznaczenie - komiksy SF. Tutaj poległem na niezrozumieniu tematu.












Z egzaminu wyszedłem rozczarowany, głównie dlatego, że zabrakło czasu do dokładnego wykończenia grafiki. Po za tym na sali byłem jednym z najstarszych (wice lider) grafików. Tym bardziej mile zaskoczył mnie telefon na początku czerwca zapraszający na rozmowę kwalifikacyjną. Okazało się, że egzaminu nie zdałem (tego akurat się spodziewałem), ale firma chętnie by mnie zatrudniła na stanowisku HR, bo dokładnie prześledziła moje CV. No i tak zakończyła się moja kariera grafika komputerowego. Ale co tam, ważne, że wydrukowany obraz "1136 f7" sprzedał się za całe 46 zł., z czego ok. 30 zł. trafi do mojej kieszeni. Na pocieszenie przypominam sobie jak w 1993 r. wygrałem konkurs na szefa kadr (wtedy jeszcze nie było HR-owców) w elitarnej łódzkiej firmie. Jednak już po kilku tygodniach dyrektor stwierdził, że kadrowców może mieć na pęczki, ale woli elektronika, który jest informatykiem. No i jak tu budować karierę zawodową?
.

wtorek, 23 czerwca 2015

Z fotografią przez wieki. Wspomnienia i wyobrażenia


Mój ojciec w spadku po przodkach dostał stary aparat marki "Linhof Technika" z absolutnie najwyższej półki wśród aparatów analogowych (to jest zdjęcie sprzed kilkunastu lat, gdy aparat został sprzedany kolekcjonerowi, wymienione zostały: obiektyw i harmonijka), wkrótce potem, ok. 1946 r., dostał też pracę związaną z fotografowaniem. Jako Główny Technolog (potem z-ca dyr.) w zakładzie remontowo montażowym był odpowiedzialny za analizę i rejestrację badań wytrzymałościowych wyrobów elektromaszynowych. To właśnie stąd dowiedziałem się dlaczego najstarsze negatywy przechowywane w domowym archiwum miały takie dziwne kształty, o czym będzie dalej.





Aparat z tyłu miał wymienialne kasety na: płyty szklane, płyty celuloidowe, oraz popularną wówczas błonę 6x9 cm. Można było więc załadować aparat dowolnym materiałem negatywowym o formacie maksymalnym 24x36 cm., i np. takim jak obok własnej roboty. Z tego negatywu próbnego nigdy nie powstały zdjęcia.






Z ciekawości jednak odtworzyłem je drogą cyfrową (1158 c1), i ukazało się przygotowywanie do codziennej kąpieli. W dni słoneczne rodzice napełniali wodą wszystko co się dało i wystawiali na słońce. Pod wieczór, gdy woda była już ciepła, można było się w niej wykąpać. Nie było to jednak moje ulubione zajęcie, bo wolałem np. puszczać statki na wodzie.









O niesamowitych możliwościach tego aparatu, którego cena dorównywała cenie średniej klasy samochodu, można przekonać się tutaj:
Na przełomie lat 50/60 ub.w. zakup błony był jeszcze jakimś znaczącym wydatkiem dla domowego budżetu, a więc o wiele bardziej opłacało się ciąć błony płaskie na kawałki i naświetlać je jak to wyżej widać. 







Jeszcze bardziej oszczędnym było wykonywanie emulsji światłoczułej we własnym zakresie, której jedyną wadą była niska i niedająca się niczym zmierzyć czułość. Wtedy trzeba było robić zdjęcia próbne. Na zdjęciu "1203 a1" widać, że w prawym górnym rogu zabrakło emulsji (po prostu źle się wylała na błonę),  




Gdyby wziąć do ręki jakikolwiek podręcznik fotografii traktujący m.in. o kompozycji obrazu, to wszędzie natkniemy się mniej więcej na podobny opis tego zagadnienia jak np. na tej stronie:http://fotogenia.mojmac.pl/jak-robic-lepsze-zdjecia-cyfrowka/Zasada ta weszła w życie z chwilą, gdy pojawiły się pierwsze aparaty przeznaczone także do użytku amatorskiego. Chodziło głównie o to, aby początkujący fotograf nie tylko potrafił wycelować wizjerem w to co chce sfotografować, ale też o to, aby zdjęcie niosło przekaz kompozycją obrazu.
I aż trudno uwierzyć, że najstarsze skrzynkowe aparaty były pozbawione tej wady. Amatorska fotografia analogowa zakończyła swój żywot w wersji, gdy w wyniku ewolucji technologicznej zmniejszający się obraz uzyskiwany na matówce osiągał wymiary przeważnie 24 x 36 mm (rzadziej 24x18 mm), były to t.zw. aparaty małoobrazkowe. Aparaty skrzynkowe, a takim był nasz Linhof Technika, przy formacie negatywu setki razy większym od najlepszego obecnego aparatu cyfrowego, nie wymagały dokładnego celowania, bo zawsze można było wykadrować brzegi. Z tych powodów w naszej rodzinie pojawiła się dość duża ilość zdjęć, zarówno tych pozowanych, przypadkowych, próbnych, jak i "strzelanych na chybił trafił. No i właśnie. 



Na zawarcie związku małżeńskiego moich rodziców nie zgadzali się rodzice obojga młodych. Gdy do ślubu jednak doszło, młodzi w 1947 r. dostali w prezencie stary domek pradziadka z niewielkim placem. Na tym zdjęciu, które "nigdy nie ujrzało światła dziennego" ojciec chciał zrobić sobie zdjęcie (ze statywu i samowyzwalaczem) ok. 1946 r. na tle "odziedziczonego" domku. Zrobił, ale nie wywołał, uznając, że technicznie zdjęcie jest nieudane.








Po prawie 70 latach zdjęcie udało się odtworzyć drogą cyfrową, i wtedy dla mnie pojawiło się wyjaśnienie dlaczego nie wolno było wchodzić na płot sąsiada, ale o tym napiszę już w innym miejscu.
PS. Dziwne ślady na negatywach, to nie jest fragment palca, tylko spinacz utrzymujący negatyw.





Zdjęcie 1191 a1 (dla bywalców bloga "legionypolskie" informacja - pierwszy z lewej to stryj Julian 30 parę lat później) krążyło po rodzinie w formacie zakreślonym pomarańczową ramką, reszta - jako nieciekawa - została wykadrowana. Dla mnie jednak najważniejsza w życiu była właśnie ta "reszta" zakreślona niebieską ramką. Na zdjęciu chyba jeszcze raczkuję, ale za kilka lat, tamta część ogrodu stanie się moim bajecznym królestwem. Drzewka osiągną już wysokość 3-5 metrów, na niektóre nawet da się wejść. Widoczny na zdjęciu potężny kociołek służył do zbierania deszczówki, po kilku latach w tym miejscu ojciec zrobił "oczko wodne" do którego doprowadzaliśmy wodę z dachu, albo z przepływającego za płotem małego strumyczka (odnoga rzeki Jasień). Dla mnie 4-5 letniego brzdąca była to rwąca rzeka w której nawet, poza żabami, pływały nieraz małe rybki, wielkości zapałki. 






No i wreszcie bezwartościowe dla innych, a najcenniejsze dla mnie próbne zdjęcie 1204 a1 - to widok na łysawą jeszcze działkę. Sądząc po wózku jestem jeszcze w fazie pomiędzy raczkowaniem, a chodzeniem. Za 6-7 lat dostanę od rodziców działkę wytyczoną za studnią, gdzie będę sadził bratki i róże. Do studni nie wolno było zaglądać, ale w wieku 8-9 lat, ku przerażeniu rodziców i sąsiadów, spenetruję ją dogłębnie. 










Nie wszystkie zdjęcia były robione "na próbę". Czasami ojciec robił zdjęcia wnętrz w t.zw. "naturalnym oświetleniu". Tutaj podczas wizyty świątecznej, do rodziny "poszło" zdjęcie wykadrowane żółtą ramką. Kilka tygodni temu odkryłem, że negatyw ukazuje też "wejście do naszego dziecinnego namiotu". Mimo, że nie byłem najstarszy to ja inicjowałem wszelkie zabawy, które polegały na tym, aby niezauważenie wejść pod stół i tam bawić się w podchody. Po latach dowiedziałem się, że dorośli tylko udawali, że nie wiedzą, gdzie się schowaliśmy. My bawiliśmy się swoimi zabawkami, a rodzice swoją karafką. Warto też zwrócić uwagę na wygięte gałązki choinki, które uginały się pod ciężarem słodyczy, trzy czerwone plamki to wiszące czekolady. Można było je zdjąć dopiero po jakimś czasie, chyba następnego dnia po Wigilii


Jedną z największych niespodzianek sprawiło zdjęcie j.w. "0682 a1". Fragmenty tego zdjęcia wykorzystałem na blogu "legionypolskie"
i
Niedawno jeden Czytelnik z USA poprosił o przesłanie oryginalnie sformatowanego zdjęcia, okazało się, że bez trudu rozpoznał lokalizację kuligu wskazując na Chojny i fabrykę Johna widoczną na horyzoncie. Wydaje się, że przed wyobraźnią i wspomnieniami nie ma żadnych granic. Bo jak to możliwe, że wspomnienia na widok starych fotografii są aż tak bardzo zindywidualizowane?