wtorek, 27 sierpnia 2013

Wrażenia cz. 2

W poprzednim poście zamierzałem opisać jeden z wielu sposobów "prostowania walących się murów". Czy jednak takie prostowanie zawsze jest konieczne? Często, gdy patrzymy pod słońce mrużymy oczy, albo przysłaniamy je z góry czymś, aby lepiej dostrzec obiekty znajdujące się pomiędzy nami a źródłem światła. Mrużenie oczu to nic innego jak przysłona w aparacie fotograficznym, a więc jednocześnie zwiększenie głębi ostrości, działające na prostej zasadzie, większa przysłona, większa głębia ostrości.


Ten wątek można jednak pominąć, bo większość popularnych aparatów działa z czasem i przysłoną ustawioną na stałe. Także przysłanianie oczu z góry jest dokładnie tym samym czym osłona przeciwsłoneczna zamontowana na obiektywie aparatu. Teraz pytanie retoryczne: Czy zastosowane metody oglądania świata zmieniają nam obraz tego co widzimy? A jeżeli tak, to co wtedy jest naturalne? Czy oglądanie świata bez sposobów to ułatwiających, czyli z zastosowaniem mrużenia i przysłaniania także jest naturalne?


Polaryzacja. Nieraz przechodząc obok wystawy sklepowej interesuje nas to co tam jest w głębiej w środku. Praktyczny sposób to takie ustawienie się, aby nie widzieć swojego odbicia w szybie, a więc ustawienie się pod odpowiednim kątem w stosunku i do światła i do obiektu obserwowanego. . To uproszczony opis, umożliwiający nam dostrzeżenie tego co jest w środku, i jednocześnie wyjaśniający działanie filtru polaryzacyjnego. Obracając filtr polaryzacyjny na obiektywie (vide nasza głowa na szybie) doprowadzamy go do takiej pozycji, gdy szyba staje się przezroczysta, i zauważalne są, niewidoczne dotąd, szczegóły za szybą.


A więc filtr polaryzyjny to w dużym uproszczeniu także n.p. taki człowiek rozpłaszczony z nosem na szybie wystawowej, i wykonujący dziwne ruchy przed szybą wystawową. Nie ulega wątpliwości, że dzięki tym manewrom z obiektywem, filtrem i wystawą widzimy i rejestrujemy zupełnie różne sytuacje pomimo tego samego punktu widzenia. Nie znalazłem w Google materiału wybitnie obrazującego efekt polaryzacji, a więc na razie prezentuję tylko poniższe:



Na zdjęciu j.w. "2a", opublikowanym w Google, pokazano jak działa filtr polaryzacyjny. Oczywiście można się uprzeć i twierdzić, że zdjęcia są takie same, jeżeli jednak dostrzegamy różnice na tyle istotne, że wnoszą one zupełnie inny zakres informacji, to ponownie pojawia się pytanie: Czy filtr polaryzacyjny, ukazując dodatkowe szczegóły obrazu, jest zakłamaniem rzeczywistości? A może to jego brak oszukuje nas? Pytania istotne, bowiem istnieją już oprogramowania symulujące zastosowania filtrów polaryzacyjnych.  


Pofilozofujmy dalej. W latach 70' ub.w. wykonałem zdjęcie kawiarni, gdzie z filtrem polaryzacyjnym widać za szybą gościa pijącego kawę, a bez filtra jest "bez gościa", czyli widzimy tylko błyszczącą szybę. Zdjęcie jest czarno białe i mało atrakcyjne, wykonane zresztą w celach reklamowych, więc nie będę nim zaśmiecał bloga. Jednak kolejne pytanie samo się nasuwa: Co w takim razie jest prawdziwe? Obraz wystawy z szybą, czy to co znajduje się za szybą?


Podobne problemy pojawiają się z filtrami barwnymi. Najbardziej spektakularne efekty daje ciemnoczerwony filtr, wycinający całkowicie czerwony kolor, ale jednocześnie podnoszący kontrast kolorów przeciwstawnych (polecam obejrzenie świata przez "takie coś"). I to dzięki różnorodnym filtrom widzimy (albo nie!) np. jasnoniebieskie chmury na nieco ciemniejszym niebie, piegi na czyimś nosie, a śnieg w górach odzyskuje swoje światłocienie. Tutaj posłużę się ponownie zdjęciem z Google "1a". Co zatem jest prawdą, i co właściwie widzimy?



Idąc dalej tym torem wkraczamy w obszar psychofizjologii postrzegania, a więc całego skomplikowanego procesu przetwarzania zewnętrznych bodźców. Jeżeli będziemy przez jakiś czas wpatrywali się np. w czerwony prostokąt na ekranie monitora, a następnie spojrzymy na biała kartkę papieru to pojawi się nam kolor przeciwstawny, czyli zielony, który będzie utrzymywał się jeszcze przez jakiś czas. U jednych osób to zakłócenie zniknie po kilku sekundach, u innych utrzyma się dłużej. Każda z tych osób, będzie jednak inaczej postrzegała otoczenie. Czy zatem zawsze możemy wierzyć naszym zmysłom?


O złudzeniach optycznych związanych z geometrią obrazu wiedzieli już starożytni, którzy wykorzystywali te zjawiska szczególnie podczas budowy świątyń. Otóż zawsze na budowlach sakralnych najważniejsze i kluczowe dla danej religii obiekty kultu umieszczano na szczycie budowli. Perspektywa jednak powodowała, że te obiekty wbrew założeniom dawały wrażenie, że są  najmniejsze, przez to nieważne. Przyjęto więc zasadę budowania w taki sposób, aby wierni odnosili wrażenia zupełnie odmienne od rzeczywistości.


Stąd też posągi z nienaturalnie małymi stopami i dużymi głowami zajęły na stałe miejsce we wszystkich świątyniach. Epoka baroku i wczesnego rokoko posunęła się jeszcze dalej, wiernych mamiono i oszukiwano nie tylko zniekształconymi proporcjami, ale i barwami oraz światłem, czasem nawet dźwiękiem, tylko po to, aby wywołać odpowiednie wrażenie. No i właśnie wrażenie. Czasami bywa tak, że nawet drobny szczegół radykalnie zmienia odbiór danego obrazu/zdjęcia.


Ponownie zapraszam na blog
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEj-Q12bcd2dROY1kWzQ-Tc8HvgL__cegzkUODlx66mWD6lZ33r20Bjy-XvSXzaMxc68oUtEt56OembBtg9yzi2w1gajmc-T2tG8lVWkUw8MGOcrNOUCW6fPhpjhccI-qcv8uaKdqD5Xcz8/s320/wzgorze_Petrin10JPG.jpg

Akwamaryny, która nadal bardzo udanie eksperymentuje i zaskakuje coraz bardziej interesującymi zdjęciami. Poniżej zdjęcie "3a i b" pozornie nie różniące sie niczym. Na zdjęciu z lewej strony drzewo w oryginale upstrzone przez wandali bohomazami. Na zdjęciu z prawej to samo drzewo po próbie usunięcia napisów. Aby jednak pobudzić nasze zmysły proponuję oba zdjęcia obejrzeć oddzielnie, np. w programie prezentacji zdjęć.



Trudno nie przyznać racji, że oba zdjęcia wnoszą zupełnie odmienny przekaz informatyczny, na jednym zastanawiamy się co w mózgu miał debil smarujący drzewo swoimi hieroglifami, a na drugim podziwiamy piękno przyrody. Widać wyraźnie, że za pomocą zdjęcia można przekazywać znacznie obszerniejsze treści, odbierane nie tylko przez układ wzrokowy, ale i nasze doświadczenia, przeżycia, czy pamięć. Poniżej ponownie te same zdjęcia, ale przedstawione oddzielnie.






Proszę teraz porównać je w jakimkolwiek programie prezentacji, lub galerii zdjęć (jeżeli takiego nie ma to może wystarczyć kliknięcie w jedno ze zdjęć, a następnie "przewijanie"), i zastanowić się nad tym co zwraca naszą uwagę, w obu przypadkach, i jaka jest forma przekazu.


Podobnie jest z fotografowaniem dużych obiektów, które podlegają prawom perspektywy. Fotografując duże obiekty, co do których jesteśmy przekonani, że dużą rolę odegra perspektywa, powinniśmy się zastanowić co chcemy przekazać. Jeżeli to ma być kościół, który nas zaskoczył swoim ogromem, to róbmy tak jak na tym zdjęciu, jeżeli jednak chcemy ten obiekt utrwalić w sensie dokumentalnym to wybierzmy opcję drugą, czyli np. taką.


Widać więc, że to od nas w głównej mierze zależy to co chcemy przekazać formą naszego zdjęcia. Czasami stajemy też przed perspektywą wyboru, czy lepiej ukazać krajobraz, czy może jakiś wyodrębniony szczegół. I tu też nie ma jasnych reguł. W przypadku drzewa j.w. najlepszym rozwiązaniem będzie format 4/3. Ale w przypadku drzewa nad stawem (vide poprzedni post) można już pokusić się o format 16/9, jak np. tutaj:.
.

piątek, 23 sierpnia 2013

... a mury runą, runą, runą ...

To już chyba ostatni post z serii "prostowanie walących się murów". W poprzedniej notce

http://foto-anzai.blogspot.com/2013/06/wnetrza-architektoniczne.html

na ten temat przedstawiłem korektę zdjęcia  obrabianego wyłącznie za pomocą powszechnie dostępnego programu graficznego "Paint". Programem tym zmniejszałem, lub powiększałem poszczególne części walącej się ściany, co w efekcie doprowadziło do pozornego "wyprostowania" całej ściany z oknem.


Dlaczego wybrałem "Paint'a"? Otóż program ten jest zazwyczaj opcjonalnie dołączany do każdego podstawowego systemu operacyjnego. Warto jednak podkreślić, że do chwili obecnej wyprodukowano już ponad 700 różnorodnych oprogramowań dostosowanych do różnych potrzeb klienta, bo nadal nie ma jednego programu (i chyba nie ma nawet takiej potrzeby), który by zawierał wszystkie niezbędne narzędzia.    

Oczywiście z dostępnych możemy sobie wybrać dowolny i w dowolnej wersji, a nawet opcji (free, trial, lub pay), ale w każdym przypadku "zakupimy" także ciasteczka, programy szpiegujące, reklamujące, itp. z którymi potem będziemy musieli się zmagać. Warto także przed wyborem programu zastanowić się nad tym jaki cel chcemy osiągnąć.
No i w związku z tym trochę o wrażeniach. Poniżej przedstawiam kolejne zdjęcie 1a:





Po delikatnej korekcie wyprostowujemy obie wieże, i mamy zdjęcie 1b:



Dla lepszej oceny tutaj oba zdjęcia obok siebie.



Nawiązując do wcześniejszych nieporozumień podkreślam, że nie chodzi mi o ocenę typu: brudne, nieostre, rozmazane, obcięte gałęzie, podoklejane ławki i chodniki, itd, itp. Wróćmy teraz do zdjęcia 1a, widać wyraźnie efekt potęgi budowy sakralnej. Człowiek czuje się malutki i niepozorny. Przechodzimy do zdjęcia 1b, i już widać zmianę nastroju, nadal czuje się ogrom kościoła, ale i inną pozycję człowieka, który jakby opanował sytuację, i z innego poziomu widzi obiekt sakralny.


Oczywiście zdjęcie 1b można uzyskać wykonując je w innych warunkach, ale można też - tak jak ja to zrobiłem - korygując odpowiednim programem graficznym (bardziej rozbudowanym od Painta). Można też zrobić to tak jak zrobiła to autorka. Wszystkie sposoby są prawidłowe, i oba zdjęcia są tak samo ładne, o ile zdajemy sobie sprawę z tego, co chcemy przez to osiągnąć.


Ja np. od dłuższego czasu wiem co chcę osiągnąć oglądając np. zdjęcia krajobrazów, gdzie głównym tłem bywają urocze stawy, zieleń, a nieraz nawet i pływające po stawach łabędzie. Z coraz ciekawszego portalu jakim staje się blog:
http://my-time-akwamaryna.blogspot.com
po obejrzeniu zdjęcia 3a:



ponownie nie potrafiłem się oprzeć chęci "wtrącenia swoich 3 groszy". Wynik: zdjęcie 3b.



I tak sobie myślę, że skoro ten post miał być o wrażeniach, to może na tym poprzestanę ...
 

piątek, 9 sierpnia 2013

Co wolno, a czego nie wypada robić

Na blogu Akwamaryny znajduję coraz lepsze zdjęcia podświetlane z tyłu. Zobaczmy to pierw w oryginale na stronie:
http://my-time-akwamaryna.blogspot.com/2013/08/kwiatowy-wpis.html#comment-form

a potem dwa poniższe zdjęcia, przed "1562" i po "1562 a1" usunięciu słupów i drutów telegraficznych.





Dopiero teraz zorientowałem się, że patrząc na pierwsze zdjęcie można także odnieść wrażenie, że jedziemy pociągiem. A jeżeli tak, to już nie tylko wolno, ale i trzeba usunąć to co usunąłem. Potem jak zwykle, coś dodałem, ale tego akurat nie wypada robić.




No i z pewnością nie wypada, w taki upał ubierać zwierzątko w niezbyt gustowną czapeczkę. Ale niech no tylko miną upały, to "Lemingomoher", na zdjęciu jak niżej, pokaże co potrafi!



Nawiązując do komentarza Bet, postanowiłem poszaleć. A co! Oto dwa kolejne zdjęcia na których już wyraźnie widać, że ktoś zdjęcia podkolorowywuje.



Ale to się da zobaczyć tylko przy zastosowaniu pewnego dostępnego dla wszystkich tricku. Jakiego? O tym już przy najbliższej okazji.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Historiografia. Zdjęcia od tyłu. Odbitki

Dziś niedziela, więc i temat nieco weekendowy. Często przeglądając stare rodzinne zdjęcia przenosimy się do tych ulotnych chwil zapisanych na bromku srebra, albo w postaci pikseła. Ale czy zastanawialiśmy się nad tym co nieraz znajduje się na odwrocie zdjęcia? A ja właśnie to akurat teraz robię, i często odkrywam takie oto perełki jak zdjęcie "550 a".



Okazuje się, że na przełomie wieku XIX i XX, gdy fotografia jeszcze była luksusem, próbowano zagospodarować nie tylko awers, ale i rewers zdjęcia.


Wśród około 600 starych, sprzed 1939 r. zdjęć, znalazłem już ok. 140 dotyczących najsłynniejszego w rodzinie legionisty, a prawie 500 kolejnych przedstawia bliższą i dalszą rodzinę. W trzeciej grupie odłożyłem ponad 700 zdjęć, które nie wiadomo jak zaklasyfikować (o tym za chwilę).   Starsi fotoamatorzy zapewne wiedzą, że fotografie lubią się po czasie skręcać do środka emulsji, a dobrym przeciwzabezpieczeniem jest składanie zdjęć naprzemiennie: emulsją do siebie, potem grzbietem, następna para emulsja, i td.


No i w trakcie takiego "upakowywania" mojego archiwum zauważyłem właśnie to co wyżej na zdjęciu. Nie jest to zbyt dużym zaskoczeniem, bo tak jak drukowano wizytówki, tak i w niektórych przypadkach, gdy większą ilość zdjęć drukowano seryjnie, na życzenie klienta, na odwrocie można było umieścić bliższe dane. Podobne zresztą stosowali moi przodkowie, ale używali ich głównie jako wizytówek. Zebrałem kilka nadających się do publikacji, i przedstawiam je poniżej na zdjęciu "556 a".



Odbitki stykowe.
Nie wiem, czy ta nazwa jeszcze komukolwiek cokolwiek mówi, dlatego już wyjaśniam o co chodzi. Pierwsze aparaty skrzynkowe sprzed wieku pracowały na płytach szklanych o dość dużym formacie. Niektóre płyty były własnoręcznie pokrywane emulsją światłoczułą. Tak wywołane negatywy były bezpośrednio kopiowane na papier fotograficzny. Gdy wreszcie płyty zaczęły być wypierane przez błony zwojowe (fotograficzne) zauważono, że z popularnego formatu 6x9 cm daje się robić całkiem niezłe zdjęcia.


Bardziej oszczędni fotografowie "stykówki" robili nawet z formatu 6x6 cm. Jeden z moich stryjów poszedł jeszcze dalej i stykówki robił z filmu małoobrazkowego, czyli 36 mm. Uchowała się taka jedna stykówka, zdjęcie 551 a poniżej



z którą nie bardzo wiedziałem co zrobić. I dopiero teraz, po powiększeniu i rodzinnych konsultacjach stwierdziliśmy, że jest to zdjęcie ("554 a") kuzynek wykonane ... no właśnie, i powstał spór. Jedni twierdzą, że na krótko przed wojną, a drudzy, że tuż po wojnie. Punktem sporu okazał się biały punkt na głowach wszystkich trzech kuzynek. Według pierwszych są to kwiaty wpięte we włosy, drudzy w tych białych punktach (łudząco podobnych do siebie) dopatrzyli się znaku Służba Polsce wpinanego w berety, a nieraz i we włosy.



Nie podejmuję się rozstrzygnąć sporu, bo obok kuzynek pojawiają się kolejne podobne plamy, jednak zbieżność tych trzech plam we włosach budzi wątpliwości. A może to było UFO?
Dzięki takim zagadkom odbitek stykowych tak małych, że nie wiadomo co na nich jest, utrwalił się kolejny zwyczaj jakby odradzający się w obecnych czasach.


Otóż przed okresem niesłusznego PRL istniała profesja guwernantki. Jeżeli ktoś nie wie co to jest, to przypominam, nauczycielka, opiekunka, a nieraz i kucharka w jednym. Typową guwernantkę obowiązywał jednak strój i zachowanie jak na poniższym zdjęciu. Ta była inna, bo była kimś ważniejszym nawet od rodziców, była po prostu członkiem rodziny. Oczywiście zdjęcie "518 a"



było robione przed wybuchem II Wojny Światowej, która zamknęła te karty historii.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Retusz, czy fotomontaż? cz. 3

"Dziki kraj ta Afryka
alElla tam ciągle znika"


alElla na swoim blogu:

http://grycela.blogspot.com/2013/08/nie-chwal-dnia-przed-zachodem-sonca.html#comment-form

zamieściła dwa zdjęcia, które Jej zdaniem są najładniejsze. W pełni się zgadzam. Szczególnie "Szwajcaria. Interlaken", lekko ocieplona, przypadła mi do gustu. Bo, czyż nie jest ona piękna na zdjęciu "Thun 1a"?



W poście opisującym "Wyprawę na Frombork" zamieściłem dwa zdjęcia, na których nie miałem czasu dokonać korekty. Jak one powinny wyglądać prezentuję poniżej:




Nieco ciekawiej wygląda sytuacja ze zdjęciem "8a", poprawa kontrastu i przebarwień właściwie załatwia sprawę, co widać na zdjęciu "8a1". Ale, dzięki dobremu skadrowaniu obrazu pojawia się dodatkowa możliwość wykorzystania zdjęcia jako panoramy Fromborka, i zdjęcia grupowego.




Warto nieraz przed zrobieniem zdjęcia zastanowić się nad takim jego skadrowaniem, aby można było bez szkody dla końcowego efektu wybrać dowolne kadry.


sobota, 27 lipca 2013

Archiwalia - gen niepokorny

Jedno z najstarszych zdjęć "505" i "505a" - jakie zachowało się w rodzinnych archiwach -  przedstawiające, jak niżej, moją pra pra prababkę Annę Marię (to ta z parasolką)



pochodzi z lat 1882-1886. Jak można się domyślać po sportowym stroju, i z odtwarzanych rodzinnych wspomnień,  jest to zdjęcie z t.zw. "wycieczki do wód". Panie wówczas nosiły nieco krótsze suknie, tak aby w każdej chwili mogły zanurzyć stopy w wodzie. Obowiązkowym przyrządem nadmorskim była także gustowna przeciwsłoneczna parasoleczka jaką moja "pra pra" prezentuje na zdjęciu, oraz nietypowe nakrycia głów.


Zgodnie z życzeniami rodziny miałem "zrobić" z archiwalnych zdjęć, zdjęcia śliczne nadające się na wklejenie do albumu rodzinnego. Korektę zacząłem od wujenki siedzącej na dole zdjęcia. Wkrótce jednak zorientowałem się, że właśnie tego nie należy robić. W ten sposób bowiem gubi się wartość historyczną zdjęcia (psychologia sytuacji i postaci!). Poprzestałem więc na prowizorycznych poprawkach. Mam nadzieję, że wujenka się nie obrazi, że dokleiłem jej symetryczną odwróconą połówkę twarzy, bo to niezwykle piękna kobieta, co może uda mi się przedstawić na późniejszych zdjęciach.


Na twarzy mojej "pra pra" także zauważyłem coś do roboty, ale w tym momencie zastanowiło mnie coś innego. Moja "pra pra" była jakby sztancą według której "odlewano" wszystkie kobiety w tej prostej linii "po kądzieli". Nie zachowały się zdjęcia mojej pra prababki, bo przepadły razem z Nią w czasie zawieruchy wojennej. Ale już na kolejnych zdjęciach zauważyłem niezwykłe podobieństwo kolejnych pokoleń. Myślę, że na wspólnym zdjęciu "497 a" zamieszczonym poniżej można to ocenić dokładniej.



Nad najstarszą wśród znanych mi osobiście potomkiń "pra pra" Anny Marii, moją prababcią Marianną, stoi moja babcia, a obok niej jej siostry, w dolnym rzędzie obok prababci siedzą jej obie wnuczki. Za numerem "497 a" kryje się moja postać, jeszcze w fazie biochemicznej, gdzie rozwój następuje przez podział komórek. Podobieństwo fizyczne nie było zresztą jedyną cechą wspólną kobiet z linii "pra pra" Anny Marii, która w sytuacjach krytycznych (a tych miewała sporo) mawiała, że: "serce to nie dupa i okiełznać się nie da". I z reguły potem szła za głosem serca, co stawało się przyczyną wielu rozległych dramatów.


Nieco mniej wiekowym okazało się zdjęcie mojego stryja "506 a", i jego kopia "506 h".



Jak widać tutaj też nie opłacało się "poprawiać" zdjęcia, gdyż wtedy gubiły się szczegóły. Nie było natomiast psychologii sytuacji, bo zdjęcie było wystudiowanym i pozowanym aktem. Mimo tego jednak obszerna bibliografia stryja wskazywała na jego niezwykle ciekawą sylwetkę. Stryj był klasycznym przykładem na to, że nie da się długo stać w rozkroku. Całe życie stronił od polityki, i to właśnie polityka stała się jego przekleństwem. Stryj był także człowiekiem wykształconym i niezwykle praktycznym, nie wierzył więc w jakiekolwiek ruchy wyzwoleńcze w Polsce. Gdy jednak po nieudanym powstaniu z 1863 r. jego rodzina została wywłaszczona, stryj dla odzyskania rodowych majątków, przyjął rządową funkcję w rządzie cara.


W 1904 r. stryj był już wysokim funkcjonariuszem w carskiej Rosji, sprawując coś w rodzaju honorowego konsula nieistniejącej Rzeczypospolitej. To przeszkodziło mu w późniejszym formalnym przystąpieniu do tworzących się Legionów Piłsudskiego. Stryj jednak nie rezygnował, pragnąc "odkupić" okres niewiary w Polskę, zaciągnął się do legionów ukrywając swoje pochodzenie i "karierę" zawodową. Z dumą więc założył mundur zwykłego legionisty w stopniu artylerzysty, to zdjęcie "490 a"



Stryj miał jednak pecha, podczas wojny "polsko/bolszewickiej" wsławił się niezwykłymi umiejętnościami strategicznymi i bohaterstwem, czego dowodem było zdjęcie wykonane prawie na polu bitwy "507 a", jednak już w pierwszej akcji bojowej, z tysiącami innych legionistów dostał się do niewoli rosyjskiej zdjęcie "507 2a". Uśmiech, ten sam zresztą, nie schodził mu jednak z twarzy. Po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej stryja przedstawiono do awansu i wysokiego odznaczenia, i wówczas na jaw wyszło jego prawdziwe pochodzenie.



Stryja - na czas prowadzonego dochodzenia - umieszczono w areszcie domowym, jednak bardzo szybko okazało się, że nie tylko nie był agentem, ale na terenie swoich posiadłości na Litwie prowadził działalność opozycyjną. Awans wycofano i stryj od razu został mianowany na stopień rotmistrza, i przeniesiony do Warszawy. Stryj, studiujący wcześniej na prestiżowych zachodnich uczelniach, był dość łakomym kąskiem dla ówczesnej kamaryli, sam miał jednak inne plany.


W nowej odrodzonej Polsce już po kilku miesiącach pobytu na rządowym wikcie stryj przeniósł się z Warszawy do Łodzi i tu wybudował małą fabryczkę produkującą zmechanizowany sprzęt dla rolnictwa. Jednocześnie zakupił niewielki majątek pod Łodzią i od tego momentu zaczęło się. Stryj był cenionym inżynierem konstruktorem, jednak w majątku lubił konstruować ... muzykę organową. Niestety obowiązki wzywały, więc także wzywał swojego kierowcę, i pojazdem jak niżej na zdjęciu "496 c1".



objeżdżał swoje podmiejskie posiadłości. Pojazd był uniwersalny, bo dojeżdżał tam, gdzie nie mógł samochód. Samochodem stryj jeździł natomiast na obiady do ... Warszawy, bo tak wypadało, i taki kaprys miała jego żona. I być może to jest najdziwniejsze, że już w latach 30' ub.w. odległość z Łodzi do Warszawy pokonywał Fordem w czasie niewiele dłuższym niż 2 godziny. Było to możliwe tylko dlatego, że wtedy jeszcze nikt nie wiedział co to jest "korek drogowy". Co jednak ma wspólnego "niepokorny gen" ze "staniem w rozkroku?


No cóż, przypadek stryja jest klasycznym potwierdzeniem tego, że także w linii męskiej, czyli po mieczu, niepokorny gen, był przenoszony z pokolenia na pokolenie. Właściwie wszyscy mężczyźni chcąc nie chcąc znajdowali się w podobnej sytuacji, nie mogąc znaleźć swojego miejsca w otoczeniu. Ale o tym, czyli o sensacyjnych perypetiach mojego pradziadka, może już przy innej okazji ...

czwartek, 25 lipca 2013

Retusz, czy fotomontaż? Podróbka!





Teoretycznie zawodowy fotograf nie przyznaje się do graficznej obróbki zdjęć, praktycznie robią to wszyscy. Nie zawsze wynika to wyłącznie z chęci "podrasowania" zdjęcia, bo pewnych uchybień - jak złe pionowanie, kadrowanie, czy nieprzewidziane odbłyski pojawiające się w trakcie zapisywania obrazu na matrycy, a dawniej podczas otwarcia migawki - nie da się przewidzieć. Do niedawna takim klasycznym przykładem na bezradność fotografującego był efekt t.zw. "czerwonych oczu".


Nadal też większość aparatów - chociaż to wynika głównie z braku uzgodnień pomiędzy producentami - inaczej analizuje charakterystykę barwną światła. Można to sprawdzić fotografując ten sam obiekt w "świetle zastanym" różnymi typami aparatów. Poprawianiu właśnie tych niedoróbek służą głównie programy do graficznej obróbki zdjęć. O wklejaniu i wycinaniu co nieco już było w poprzednich postach, teraz więc obróbka: kolorów, warstw, oraz takich podstawowych właściwości zdjęcia jak: jasność, kontrast, i nasycenie kolorem.


Wśród zdjęć lodowców jakie alElla przywiozła ze swojej wycieczki do Szwajcarii praktycznie nie znalazłem żadnego nieudanego. Nie da się przecież uprawiać biegu przełajowego tylko po to, aby ominąć jakieś słupy telegraficzne z drutami. A druty ... w ostateczności można usunąć ogólnie dostępnymi programami graficznymi. Po drobnej korekcie, pozwoliłem sobie jeszcze radykalnie zmienić barwy, nie po to, aby poprawić zdjęcie, ale pokazać jakie są granice graficznej obróbki.


Na początku postu zamieściłem dwa zdjęcia, 3b, i 3c (numeracja zachowana tylko w nazwie pliku) pierwsze po usunięciu drutów, a drugie po dodaniu kolorów. Oryginał można znaleźć na stronie:

http://grycela.blogspot.com/2013/06/miosc-od-pierwszego-wejrzenia.html

trzeba tylko przejrzeć slajdy. Poniżej kolejne dwa zdjęcia, 3a po usunięciu drutów, i 4a po korekcji barwnej.




Korekcja barwna, to nieco oddzielny temat nad którym warto nieco się zatrzymać. Nie wnikając w szczegóły można w dużym uogólnieniu przyjąć, że t.zw. Barwoczułość matrycy", czyli naszego aparatu, jest uzależniona głównie od technologii obróbki sygnału, a więc obrazu docierającego do aparatu, na różnych jego etapach. Jeżeli nie dysponujemy t.zw. "plikiem RAW" (o tym w dalszych postach) to praktycznie nasz aparat zrobi to co mu wytwórnia dała, i czego oczekuje nasz system odbioru obrazów.


Z coraz większym zainteresowaniem obserwuję także poczynania Akwamaryny

http://my-time-akwamaryna.blogspot.com/2013/07/sciezki-drozki-drogi.html#comment-form

która "poluje" na tylne światło fotografowanych obiektów. Zdjęcie górne "akwa 1a" to oryginał, natomiast na dolnym "akwa 2a" spróbowałem zabawić się kolorystyką. Nie wiem jakim aparatem dysponuje autorka zdjęcia, ale warto zauważyć, że do takich zdjęć przydaje się nieco szczęścia (dobra pogoda, światło, efekty specjalne np. kilka chwil po deszczu, itd.), lustrzanka, i "oszukanie aparatu" tak, aby mierzył światło wyłącznie w ciemnych partiach.  




Zdjęć nie numerowałem, bo być może autorki będą chciały zamieścić je u siebie. Niestety nie mogę też podać nazw oprogramowań graficznych, ale są one ogólnie dostępne w sieci, i za darmo. Tu praktyczna uwaga, ja ściągam oprogramowania ze wszystkimi "przyległościami" (często są to programy szpiegujące), a potem usuwam to co niepotrzebne, nieraz już ze złapanymi wirusami. Być może niektórzy z Czytelników zadadzą sobie pytanie: Dlaczego korygując barwę zdjęć, zrobiłem to aż z taką przesadą? No i właśnie.


Otóż sposób odbioru bodźców zewnętrznych przez człowieka jest w znacznym stopniu uwarunkowany genetycznie i wzmocniony (lub osłabiony!) w procesie fizjologicznego rozwoju zmysłów. Oznacza to np., że jednym podoba się kolor zielony, innym niebieski, jedni wolą smak słodki, inni kwaśny. Lubimy muzykę poważną, albo rapujemy. Znam nawet osoby lubiące panie z odnóżami i panów z klatą owłosioną, inni wolą golone. Szczytem perwersji jest chyba to, że jedni lubią Zosię, a inni mamę Zosi. Na ogół jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w połowie jest to głównie kwestia przyzwyczajeń.
 

Jeden z moich przyjaciół znany malarz, lubił krytykować moje obrazy, i nie ukrywam, że zawsze czekałem na ten, kulminacyjny dla mnie, etap naszego spotkania. Gdy jednak ciągle upierał się, że źle oddałem barwę zieleni odbitej w miejskim (to ważne!) stawie, poprosiłem go, aby sam skorygował część obrazu. Po kilku tygodniach (wiadomo schnięcie obrazu, konserwacja, itp. czynniki mające wpływ na barwę) porównałem jego odcień z moim, i nadal nie widząc różnicy uznałem, że Klaudiusz - tak ma na imię - robi ze mnie wariata.


Dopiero po kilkunastu latach, mając dostęp do bardzo czułego analizatora barw, przekonałem się, że Klaudiusz miał rację! Jego zieleń uwzględniała odbicie okolicznych budynków wykonanych z białej cegły (biała fabryka Geyera, ze stawem). Dla mnie były to różnice niezauważalne. Obok tego stawu i fabryki przejeżdżaliśmy prawie codziennie. Okazało się jednak, że rasowy malarz nie tylko inaczej odbiera kolory, ale i inaczej je zapamiętuje. Od tej pory maluję już tylko dla siebie.


Poniższy link otwiera galerię zdjęć i obrazów (jest tam też i moje) fabryki na tle stawu, albo stawu na tle fabryki. Zapraszam więc do analizy porównawczej.

http://www.google.pl/search?q=staw+Geyera+w+%C5%81odzi&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=uLbwUf7sCY3OsgbAkIDwCA&sqi=2&ved=0CE0QsAQ&biw=1280&bih=867